poniedziałek, 18 maja 2015

11. Schwarze augen...

Bałam się dalszego ciągu przesłuchania . Co ja właściwie wyprawiam? Odpowiadam jak na spowiedzi na każde pytanie chłopaków, ale to raczej nie jest dobrze. Powinnam trzymać ich od siebie z daleka, nie pozwolić im czuć sie przy mnie tak swobodnie. Powinnam im pokazać, że w ogóle mnie nie interesują-rozmyślałam ale nawet na to było już za późno.
- Hmm...- zamyślił się Tom- to ile mamy psów ?
- Hmm...- podrapałam się po głowie- nie mam pojęcia, coś gdzieś o jakimś scotim było..., a może to był ochroniarz? - zastanawiałam się na głos. Nagle Bill wybuchł tak głośnym śmiechem , że się przestraszyłam. Po chwili dołączył do niego jego brat i śmiali się w najlepsze obydwaj. Z tym, że ja nie bardzo wiedziałam z czego oni się tak śmieją. Więc dałam im chwilę na tą radochę i czekałam na wyjaśnienie. Trwało to  jednak dłużej niż chwile, a że do osób zbyt cierpliwych nie należę zirytowana skrzyżowaniami ręce na klatce piersiowej, uniosłam brew i przeszywałam spojrzeniem to jednego to drugiego gościa hotelu. Moja mina dość szybko sprowadziła ich na hotelowe hokery, a kiedy już całkowicie się ogarnęli i otarli łzy radości, doprowadziłam ich nawet do stanu skrępowania. Ze zirytowanego do pytającego grymasu przeszłam w dosłownie sekundę.
- Przepraszam, tak mnie to rozbawiło, że nie mogłem się powstrzymać. To niesamowite ale ty naprawdę nic nie wiesz... - stwierdził młodszy z braci.
- Niewiele wiem - sprostowałam- tak jak mówiłam wcześniej.
- Tak- przyznał- Bardzo  ciężko było mi w to uwierzyć. Nie gniewaj się ... To poprostu wydawało mi się niemożliwe - wyznał.
- A ja dalej jej nie wierzę- przyznał starszy bliźniak- może o nas niewiele wiesz, a co z resztą zespołu?
- Tak samo - odpowiedziałam od razu.
- Ty tak twierdzisz - przerwał mi bez mrugnięcia okiem i zadał kolejne pytanie, na co jedynie przewróciłam oczami, co z kolei wywołało chichot Billa.
- To kiedy Georg ma urodziny?
- w Marcu- odpowiedziałam tonem skazańca.
- Dokładniej, proszę.
- Nie wiem dokładniej, z trojką coś było. Trzeci napewno nie, trzynasty też nie. Zostaje tylko dwudziestytrzeci albo trzydziestypierwszy, o ile marzec ma trzydziescijeden dni- wyburkałam niechętnie.
- Dlaczego trzeci i trzynasty napewno nie? Przecież to też trójki?- zapytał i jednocześnie stwierdził Bill.
- Bo jakoś tak nie, nie pasuje i już. Przeczucie takie mam, że nie i już!
- Jesteś niesamowita - dodał po chwili z wielkim uśmiechem.
- Wcale nie- zaoponowałam- całkiem zwyczajna , najnormalniejsza na świecie - broniłam się. Najwyraźniej Bill już mi uwierzył bo powiedział do brata:
- Daj jej spokój -  ale było widać, że starszy Kaulitz zbyt dobrze się bawi i nie zamierza dać za wygraną.
- Do jakiej szkoły chodziliśmy?
- Błagam pana panie Kaulitz- spojrzałam na niego poirytowana do granic możliwości- nie pamietam  nazwiska patrona własnej szkoły a pyta pan o waszego?
- A do jakiej szkoły chodziłaś ? - odezwał sie chichoczący do tej pory młodszy Kaulitz.
- Do ogólniaka - odpowiedziałam wyraźnie zniechęcona.
- Czyli nasze gimnazjum?
-  Mniej więcej- odpowiedziałam po krutce.


Miałam już naprawdę dość, byłam zmęczona zastanawianiem się nad odpowiedziami. Miałam nie mały problem do rozwiązania a oni mi tego nie ułatwiali .  Sama ich obecność tutaj była trudna do pojęcia i zaakceptowania a co dopiero pytania, które zadawali. Czułam sie przytłoczona wydarzeniami ostatnich dni. Potrzebowałam spokoju i czasu dla siebie, przemysleń i rozwiązań dla niecierpiących zwłoki spraw mojego życia a tymczasem dostałam od losu coś zupełnie innego, przeciwnego moim potrzebom. I jak ja mam ogarnąć moje życie, jak wydostać sie z tych sytuacji? Nie tylko  z Saschą ale teraz rownież z bliźniakami ? Nie wiedziałam co robić.
Bracia obmyślali wlasnie kolejne pytania dla mnie ale ich dyskusję przerwało im wibrowanie mojej komórki na blacie, podeszłam bliżej by odebrać ale to nie była Leal jak sie spodziewałam, to był lovelas. Cofnęłam sie o krok do tylu, nie zamierzałam odbierać.
- Nie odbierzesz? - usłyszałam, nie byłam w stanie odwrocić sie do mojego rozmówcy. Bardzo zmartwione spojrzenie wlepilam w wibrujący aparat , wiedziałam, ze jestem bacznie obserwowana ale nie potrafiłam sie odwrocić. W końcu brzęczenie ustało a ja odetchnęłam z ulgą.
- Wszystko w porządku Ana? Ana? Dobrze się czujesz? - ktoś dotknął mojej dłoni, odskoczyłam do tylu jak poparzona.
- Co? - wyszeptalam wystraszona. Bill opuścił rękę uważnie mi się przyglądając.
- Wszystko w porządku?- zapytał ponownie. Przełknęłam kluch zalegający mi w gardle. Oddychałam nerwowo i szybciej niż zwykle, nie mogłam się skupić.
- yyy- przełknęłam nadmiar śliny- tak, tak wszystko dobrze. Przepraszam. I nie oglądając się nawet za siebie wyszłam z pomieszczenia. Od razu udałam się na zewnątrz. Mimo mrozu i przeszywającego zimna nabrałam w płuca tyle powietrza ile się dało, aż zabolało. Ale tego było mi właśnie trzeba, otrzeżwienia, ciała i przede wszystkim umysłu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak bardzo ten człowiek mnie przerażał. Jedyne o czym byłam w stanie teraz myśleć, to to, że za żadne skarby świata nie wrócę do Cortiny. Nie po tym co zaoferował mi tam Sascha. Nie wiedziałam skąd ale byłam pewna na tysiąc procent, że to była tylko nic nie znacząca namiastka tego co miał mi do zaoferowania. Wiedziałam już równeż, że muszę o wszystkim opowiedzieć Leal i jej rodzicom. Decyzję podjęłam w ułamku sekundy, po powrocie do domu natychmiast opowiem o wszystkim co się stało.

Z letargu wyrwał mnie Andre, zażądał bym natychmiast weszła do środka i zjadła śniadanie bo wszysko już było gotowe. Westchnęłam w duchu bo jedzenie i towarzystwo bliźniaków było ostatnim na co miałam chęć. I od razu dopadły mnie wyrzuty sumienia za tą myśl. Miliony dziewczyn na świecie oddałyby wszystko co mają za kilka chwil w ich towarzystwie a ja narzekam. Tylko, że ja o to nie prosiłam! Nie chciałam tego!, jak Bóg mi świadkiem, nie chciałam tego! A teraz "TO" mam i nie wiem co począć ani jak się zachować kiedy oni są tacy mili i przjaźnie nastawieni. A co gorsza, tak bardzo mnie ciekawi, ale to już moja własna zasługa, tylko do siebie mogę mieć o to żal i petensje. Tak bardzo bym chciała, żeby Leal była tu ze mną, tak strasznie za nią tęskniłam...
 Wlekłam się za Andre do stolika powłucząc nogami jakby na znak protestu ale nic to nie dało. Zawachałam się przez chwilę w nadziei, że może szef mi odpuści ale o tym mogłam tylko pomarzyć.
Jakby tego wszystkiego było mało mieliśmy jeść razem. Jakim cudem?! ja się pytam!? przecież zawsze jedliśmy osobno! my i goście, osobno!
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu żebyśmy jedli razem?- Tom uśmiechął się do mnie sympatycznie, a ja niestety nie potrafiłam odpowiedzieć tym samym. Tak naprawdę chciało mi się płakać. Z bezradności wobec okrucieństwa losu, którym znów mnie potraktował i to w chwilach kiedy nie było przy mnie mojej siostry z wyboru.Westchnęłam tylko, bo nie wiedziałam co powiedzieć, czułam  jakbym za chwilę miała się rozpaść na drobne kawałeczki. Nie miałam nawet odwagi spojrzeć na towarzyszy.
- Zostaw ją w spokoju- powiedział stanowczo Bill do brata.
-Wszystko w porządku?- zapytał uśmiechnięty Andre, który wrócił ze świerzą porcją kawy.
- Tak- odpowiedzieliśmy chórem.
- Bardzo mnie to cieszy. A ty młoda damo, nie myśl, że wymigasz się od jedzenia- zagroził mi. Zszokowana spojrzałam na niego gwałtownie rozchylając z niedowierzania usta.On to naprawdę powiedział na głos?przy nich? niedowierzałam własnym uszom. Myślałam, że ze wstydu zapadnę się pod ziemię. Tymbardziej, że obydwaj goście odrazu  wlepili we mnie badawcze  spojrzenia. Litości, błagam, zaskomlałam w myślach.
-Wiesz, że naskarżę jeśli będę musiał- dodał Andre. Spojrzałam na niego całkowicie obojętnie,a  to nie wróżyło nic dobrego. Obawiałam się tej obojętności, już miałyśmy okazę się poznać i z pewnością nie jest ona mile widzianym gościem. Potrzebuję Leal....
- Muszę zadzwonić- oświadczyłam- i poderwałam się z krzesła po komórkę. Wszyscy trzej odprowadzili mnie pełnymi zaskoczenia spojrzeniami ale nie dbałam teraz o to. Musiałam porozmawiać z siostrą, bez względu na to czy Andre naskarży do wujka czy też nie.

-Cześć siora!- usłyszałam i głos uwiązł mi w gardle. Nie dałam rady się nie rozpłakać.
-O mój Boże! Co się stało!- krzyknęła spaniowana Leal- Ana, pwiedz mi w tej chwili co się stało!?Jesteś w domu? Zadzwoń po tatę, zaraz do ciebie przyjedze a ja zadzwonię na domowy. Ana, kochanie powiedz mi co ci jest? Boże, zaraz zawału dostanę- trajkotała do telefonu- siostra, proszę cię, odezwij się do mnie. Choćby jedno słowo, jedno słówko, żebym wiedziała, że tam jesteś.
- Andre- tyle dałam radę wykrztusić. Jeszcze nigdy nie płakałam tak bardzo. Tak bardzo,że dusiły mnie moje własne łzy. Tak bardzo aż się zanosiłam.
- Jesteś w Szwajcarii?- niedowierzała moja przyjaciółka.
- Tak- starałam się uspokoić.
- Spokojnie skarbie, oddychaj spokojnie. Nabierz głęboko powietrza i powoli je wypuść. I jeszcze raz, i  kolejny i znów głęboko i spokojnie wypuść...- instruowała przerażona. W końcu udało mi się nad sobą zapanować na tyle by móc jej cokolwiek powiedzieć.
- Nie jest dobrze Leal- przyznałam przerywanym oddechem- a nawet bardzo źle jest,wiesz?- wycierałam twarz mokrą od łez.
- Co się stało?- zapytała łagodnie.
- Nie chcę o tym rozmawiać przez telefon. Opowiem wam wszystko jak już będziemy w domu. Wtedy znajdziemy rozwiązanie i znów będzie dobrze.
- Wiesz, że nie to chciałam usłyszeć.
- Wiem, ale uwierz mi, że tak będzie lepiej. Tak jest lepiej dla mnie. Posiedzę tu trochę, żeby się wyciszyć i pozbierać myśli. Postaram się przynajmniej.
- Dlaczego postarsz? Jest zima, nie ma gości.
- Niestety są. Dwie osoby, a ja zgodziłam się pomóc Andre zanim dowiedziałam się kim są.
- Kto...- cisza po drugiej stronie oznaczała,że moja siostra już wie kim są goście hotelu.
- Dokładnie kochana. Bliźniacy są tutaj. A ja tego nie rozumiem. Z całego świata wybrali właśnie moją samotnię. Mogli pojechać wszędzie, a są tutaj... Nie rozumiem, poprostu nie rozumiem jak to możliwe- skarżyłam się. Leal nic nie mówiła, chyba była w szoku.
- Nie cieszysz się- zapytałam.
- Cieszyłabym się, gdyby to było w innych okolicznościach. Ale tobie jest źle z jakiegoś powodu. A ich nigdy nie chciałaś spotkać. Wróć do domu...
- Nie- przerwałam jej natychmiast- nie wrócę do domu dopóki was tam nie ma. Już wolę zostać tutaj z nimi. Z dwojga złego lepiej być tutaj, jakkolwiek idiotycznie to brzmi.
- Martwię się, szczerze mówiąc jestem przerażona- wyznała- ale wiem, że u Andre jesteś bezpieczna. A bliźniacy...
- Dam sobie radę- pocieszałam ją.
- Zatrzymałaś się w naszym domku, prawda?
- Tak.
- Chcę, żebyś przeniosła się do hotelu. Wtedy będę spokojniejsza. Wiem, że to ostatnie czego byś chciała ale ja muszę wiedzieć, że nie jesteś sama. Wiem też, że ledwo się trzymasz i to nie daje mi spokoju, musisz to dla mnie zrobić, słyszysz?
- Słyszę, ale...
- Nie ma żadnego ale. Może i nie jesteś zadowolona ze spotkania chłopaków ale dla mnie ich obecność i obecność Andre dodaje w jakiś sposób otuchy. Myśl, że oni wszyscy tam są z tobą...
- Już, ok, zrozumiałam. Przeniosę się, ok? Już?
- Serio?- nie wierzyła mi.
- Serio- potwierdziłam,walcząc wciąż z niespokojnym oddechem i zapchanym  nosem, co znacznie utrudniało rozmowę.
- Dobrze, to nawet bardzo dobrze. Cieszę się. Co za ulga- Odetchnęła głęboko jakby kamień spadł jej z serca. Naprawdę ją rozumiałam. Gdyby odwrócić role, zażądalabym tego samego.
- Zdaje się, że muszę konczyć- stwierdziłam zawiedziona- Andre tupta pod drzwiami w tę i z powrotem.
- Ja w sumie też. Właśnie przyszła klientka. Trzymaj się kochana i głowa do góry, poradzimy sobie.
- Wiem, ty też się trzymaj. Pa.
- Pa, do później.
- Do później. 





piątek, 5 lipca 2013

10.Gegen Meine Wille.





Stałam tam jak słup soli. Sparaliżowana strachem, zszokowana okrutnością losu, przerażona wizją najbliższych dni. W głowie huczało mi od galopujących myśli. Najgłośniejsza była ta o ucieczce. Niestety..., nie miałam już dokąd uciekać. Samotnia BYŁA jedynym miejscem, które chroniło mnie przed ludźmi i pozwalało być z myślami sam na sam, świadomość tego, że ktoś odkrył moje miejsce, zaniosła mnie na samo dno rozpaczy, smutek zagarnął mnie w swe lodowate ramiona a żal rozrywał serce na strzępy. Zwłaszcza, że tym kimś byli ONI. Ci, którym oddałabym cały świat, żeby tylko byli szczęśliwi. Ci, których muzykę pokochałam tak bardzo, że stała się rytuałem i nierozerwalną częścią mnie samej. Ci, których chciałabym ochronić przed wszelakim złem tej planety. I w końcu Ci, dla których zdrowia i bezpieczeństwa  zaprzedałabym własną duszę  diabłu. Byłam rozdygotana emocjonalnie. Z jednej strony żal po "utracie"samotni, z drugiej zaś, nieodparta chęć podzielenia się z nimi moją przystanią spokoju. Zagubiłam się wśród  tych sprzecznych uczuć. Jedno tylko wiedziałam na pewno, to, że to miejsce już nigdy nie będzie dla mnie takie samo.
Wspomnienia - nie pozwolą już nazywać tego miejsca moim.
Hotel Tödi - nie pozwoli już rozwiązywać problemów.
Obraz tego miejsca - już zawsze będzie przypominał ich uśmiechnięte twarze.
I wszystko to dzieje się właśnie teraz, kiedy moje życie miało być łatwiejsze.
Kiedy dopiero zaczęłam uczyć się,  jak żyć. I kiedy.... , tak na prawdę przestałam pragnąć ich spotkać, a nawet wierzyć, że jest to w ogóle możliwe...
I kiedy całkowicie pogodziłam się z tym, że są nieosiągalni. Długie miesiące tłumaczyłam sobie, że tak po prostu jest i nie da się tego zmienić. I mało tego, że w to uwierzyłam, znalazłam nawet plusy naszego " nigdy nie spotkania się ".
"Moje Serce" -miał na zawsze pozostać "Moim Sercem", takim jakiego go sobie wymyśliłam, tylko w moim sercu, tylko w mojej głowie, platonicznie.
A tymczasem - ON stoi przede mną, uśmiecha się i czaruje lśniącym spojrzeniem bursztynu. I wszystko to -wbrew mojej woli.......

 "Skoro nie można się cofnąć,
  trzeba znaleźć najlepszy sposób,
  by pójść na przód".
  Paulo Coelho

Nie ma innego wyjścia - pomyślałam i uśmiechnęłam się.
- Witam, mam na imię Ana i przez najbliższe dni będę dbać o dobre samopoczucie panów w hotelu.
- Przez chwilę myślałem, że padniesz tu jak długa - stwierdził  gitarzysta.
- Tak..., cóż... - zaśmiałam się nerwowo i zmierzwiłam sobie włosy - nie spodziewałam się TAKICH gości.
- Może kawy - zapytałam już zza baru.
- Tak , chętnie - odpowiedział gitarzysta .
- To ja przygotuję śniadanie - usłyszeliśmy i Andre zniknął za kuchennymi drzwiami.
 Bill nie odezwał się ani słowem, co bardzo mnie zdziwiło. Spodziewałam się, że to on najgłośniej będzie wołał o ten napój. Tymczasem stał na środku pomieszczenia i wpatrywał się we mnie. Zerknęłam na niego raz, po chwili raz jeszcze ale nic się nie zmieniło.
- ...z...mlekiem ....i..cukrem - wymamrotałam całkowicie speszona i purpurowa na twarzy od jego przenikliwego spojrzenia. Odpowiedzi nie usłyszałam, ponieważ Tom podszedł do brata i lekko go trącił .
- A tobie co ? - zapytał rozbawiony. Wokalista ocknął się i kilkakrotnie, szybko zamrugał oczami. Uśmiechnął się jeszcze piękniej niż przed chwilą i zaczął dukać.
- yyy.., tak..,ja.. - wziął głęboki oddech i powiedział - przepraszam, przestraszyłem się, że może za chwilę zaczniesz krzyczeć czy coś...- zrobił przepraszającą minę.
- Krzyczeć? - przez chwilę nie wiedziałam o co chodzi - ah, krzyczeć?, że: AAAAAA!!!! TOKIO HOTEL!!!! AAAAAAAA!!!!!!! Tom zrób mi dziecko!!!! BIIIILLLLL orzeń się ze mną!!!!! AAAAAAAA!!!!!!!!Zaraz zemdleję!!!! - tarmosiłam przy tym swoje włosy, podskakiwałam i wyciągałam do nich ręce a na koniec zaczęłam się śmiać - wybaczcie ale to nie ja. Rozbawiłam ich i młodszy z braci trochę się rozluźnił. Starszy Kaulitz od początku był rozluźniony i rozbawiony całą sytuacją, zaczynając od mojej reakcji na ich widok, tylko,że to w ogóle nie było śmieszne! Postawiłam na barze kawę, mleko i cukier do wyboru. Muzycy usiedli wygodnie  wciąż rozbawieni.
- Więc...- zaczął frontman zespołu - nie jesteś naszą fanką?
- Wnioskuje pan po tym, że nie krzyczałam ?
- Hmm..., trudno odgadnąć. Nie rzuciłaś się na nas, ale i nie wygląda na to, żebyś chciała nam oczy wydrapać. A to zawsze jest jedno z dwóch. Albo nas kochają na zabój, albo nienawidzą na zabój.
- No tak - przyznałam - ale w niektórych przypadkach jest też tak, że pozostaje się po środku.
Boskie bliźnięta zmarszczyły brwi nie rozumiejąc do końca.
- To znaczy, że słucha się waszej muzyki. Czasem , nawet bardzo dobrze się ją zna ale nie wnika się w wasze życie. Na te słowa młodszy z braci otworzył szeroko oczy i rozchylił ponętne usta. A starszy z nich zastygł jak w stop klatce, z filiżanką uniesioną do góry. Oni wpatrywali się we mnie jak w kosmitkę  a ja wpatrywałam się w nich.
- Chwila - Tom uniósł wskazujący palec ku górze - to jesteś czy nie jesteś naszą fanką? Tak dla pewności.
Uśmiechnęłam się szczerze i usiadłam wygodnie.
- Jeżeli masz na myśli osoby, które na wasz widok wrzeszczą wniebogłosy - to nie. Jeżeli myślisz o ludziach, którzy za wszelką cenę chcą zdobyć choćby jedną nić z waszego ubrania - to też nie. Jeżeli masz na myśli, ludzi, którzy was śledzą autami, stoją pod waszym domem czy studiem - gdziekolwiek to jest - również nie. Ale jeżeli myślisz o ludziach, którzy słuchają waszej muzyki dla samej muzyki - to jak najbardziej tak. I nie ma dla mnie znaczenia jak się ubieracie, ani gdzie mieszkacie. Czy macie dwa czy pięć psów. Więc sami zdecydujcie czy należy mi się miano waszej fanki czy też nie.
Bill zakrywał usta palcami obydwu dłoni, łokcie opierając o blat baru. A Tom...,Toma znów zamurowało. No to masz babo placek, trzeba było trzymać gębę na kłódkę - pomyślałam lekko zdenerwowana.
-Nie wierzę..., po prostu nie wierzę...- wyszeptał wokalista.
- Aha. Chcesz powiedzieć, że niby nic o nas nie wiesz, że cię to nie interesuje ? - zapytał Tom podejrzliwie mrużąc oczy.
- Raczej niewiele wiem
- Daj spokój Tom...- upomniał brata Bill.
- Nie, nie dam spokoju. Chcę wiedzieć.
- Ja też bym nie wierzyła, gdybym była na waszym miejscu. - dałam do zrozumienia, że jest ok. I znów ich zaskoczyłam.
- To kiedy się urodziliśmy ? - gitarzysta zadał pierwsze pytanie.
- 01.09. Najbardziej znienawidzona data w moim kraju.
- Dlaczego ?- zainteresował się młodszy bliźniak.
- Pierwszy dzień roku szkolnego. Hip hip...nie hura, dopóki na scenie nie pojawili się panowie niemieckie marzenie Kaulitz. Od tamtej pory nikt nie zawraca sobie głowy szkołą, tylko organizuje imprezy z okazji waszego przyjścia na świat.
- Naprawdę ? - zapytali chórem.
- Tak się domyślam.
- Gdzie mieszkamy - cudni bracia zjednoczyli siły.
- W Berlinie albo Hamburgu. Nie wiem dokładnie, i w sumie nie robi mi to wielkiej różnicy. Najważniejsze, żebyście tworzyli, nawet gdyby to miało być w lesie.
Z każdą moją odpowiedzią, ich zaskoczenie przybierało na sile. Straciłam pewność czy powinnam była w ogóle  odpowiadać na ich pytania, dotarło do mnie, że właśnie zaczęłam się pogrążać...

                                                                                          CDN.....


**********************************************************************************


Mia skarbeńku Ty mój, wedle życzenia :)

Mam nadzieję, że Wam się podobało...., za wszelakie błędy przepraszam, i obiecuję je poprawić, jak mi je wytkniecie:) ;) Dobrej Nocy słoneczka moje...

niedziela, 21 kwietnia 2013

9. Bo zmiany nie zawsze są dobre.

Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że chęć zmiany na lepsze może przynieść więcej kłopotów niż korzyści, nigdy bym nie uwierzyła. Nie uwierzyłabym gdybym nie doświadczyła tego na własnej skórze. Byłam tak dumna ze swojego nowego wyglądu, tak bardzo zaskoczona odwagą, która drzemała we mnie przez długie lata. Do czasu. Do czasu, w którym wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Tak, jakby znienawidził mnie cały świat.
Tak,jakby moi przyjaciele nie byli tymi samymi ludźmi.
Sascha, który ignorował moje sprzeciwy , protesty i dotykał jak chciał i gdzie chciał. Czasem doprowadzał mnie tym do łez, czasem krzyczałam na niego ile sił w płucach, żeby zrozumiał , że sobie tego nie życzę i że krzywdzi mnie w ten sposób. Ale on tylko się śmiał pod nosem i obracał wszystko w żart. Mnie nie było do śmiechu. Były chwile, kiedy zbierało mi się na wymioty. Na samo wspomnienie jego zachowania i na sam jego widok wszystko podchodziło mi do gardła czego nie ukrywałam. Mój Cello. Mój?, chyba jednak nie. Szukałam u niego pomocy,opowiadałam ze szczegółami wymuszone na mnie sytuacje,płakałam z bezradności. A on znajdował wytłumaczenie dla każdego gestu kolegi. Gdybał ile tylko się dało, żeby usprawiedliwić kumpla. Starał się mnie przekonać, że blondyn na pewno nie ma nic złego na myśli, że to tylko żarty, że może to wszystko tylko mi się wydaje, że na pewno się mylę...a na końcu usłyszałam, że jestem przewrażliwiona.Nie byłam w stanie wykrztusić choćby jednego słowa, choćby monosylaby...oczy paliły żywym ogniem ,popłynęły pierwsze łzy...
Leal wyjechała na miesiąc z mamą, na szczęście dwa tygodnie już minęły,najgorsze tygodnie w moim życiu. Tony niewiele bywał w Cortinie , prawie całe dni spędzał w urzędach i bankach załatwiając formalności przed otwarciem nowej eiscafe.Wujek od rana do wieczora w pracy, a kiedy wracał, padał ze zmęczenia. Zostałam sama, ze strachem, z żalem do chłopaków, z obrzydzeniem do samej siebie, z wyrzutami sumienia i poczuciem winy. Nie miałam już siły. Ani psychicznie ani fizycznie nie byłam już w stanie funkcjonować. Zadzwoniłam do szefa z prośbą o urlop, nie ma problemu, ile tylko chcesz, powiedział. zostawiłam dla wujka karteczkę:
             

                                      Potrzebuję spokoju wujku. Dbaj o siebie, 
                                      nie mów nic dziewczynom, nie chcę żeby 
                                      się martwiły. Ty też się nie martw.
                                      SAMOTNIA najkochańszy wujku na świecie,
                                      zadzwonię jak będę na miejscu.        
                                                                                    Ana
Wcześnie rano wsiadłam do autokaru, który zawiózł mnie do Szwajcarii. 


Pierwsze co zrobiłam kiedy weszłam do naszego domku w Linthal był telefon do wujka. 
- Tak,słucham- usłyszałam w słuchawce.
- Cześć wujku, już jestem na miejscu.
- To dobrze córciu, to bardzo dobrze. Powiedz mi, jest aż tak źle?
- Bywało gorzej wujku, nie martw się. Muszę tylko pozbierać w spokoju myśli, nabarć dystansu do sytuacji, przemyśleć kilka ważnych spraw. Wrócę przed dziewczynami i wtedy wyjaśnię wam wszystko.
- Dobrze skarbie. Dzwoń do mnie, żebym wiedział, że wszystko z tobą dobrze. 
- Obiecuję wujku, będę się meldować co wieczór. Przygotowałam ci trochę jedzenia, słoiki są w lodówce a mięsa do odgrzania w zamrażarce. Miłego dnia wujku do jutra.
- Kochana jesteś, dziękuję, miłego dnia malutka i uważaj na siebie.
Poczłapałam do pokoju na piętrze zostawiając bagaż przy drzwiach wejściowych. Byłam tak zmęczona, że  myślałam tylko o położeniu się spać. Prysznic zajął mi dosłownie kilka minut. Miałam wrażenie, że zasnęłam zanim przyłożyłam głowę do poduszki. Nie wiem ile spałam bo nie spojrzałam na zegarek kiedy się kładłam. Tak czy inaczej było ciemno gdy się obudziłam. Byłam wypoczęta ,więc wygrzebałam się z pościeli i zeszłam na dół do kuchni. Z ciekawości spojrzałam na zegarek ścienny,  3:47. Dziwna pora na pobudkę jak dla mnie, ale jaka pora nie jest dobra na rozmyślania? Zemdliło mnie na wspomnienie ostatnich dni w cortinie, wzdrygnęłam się z niesmakiem i już wiedziałam ,że nie jestem jeszcze na to gotowa. Zaparzyłam sobie herbaty, żeby uspokoić żołądek i usiadłam na szerokim kuchennym parapecie. Uśmiechnęłam się do siebie, padał śnieg. Grube płatki gęsto spadały z nieba tworząc biało srebrzystą pierzynę. Mogę tak trwać godzinami , obserwując sypiący się  biały puszek. Obfita warstwa zalegającego śniegu skutecznie rozjaśniała okolicę , dzięki czemu góry otaczające domek i pobliski hotel były wyraźnie widoczne. Lubiłam to miejsce, ale tylko zimą. Latem było tu dla mnie za głośno, za tłoczno i zbyt wrząco od turystów. Ale teraz..... tak, to był mój czas, moja cisza i mój spokój . Jak widać nie tylko ja lubiłam to miejsce w tym czasie. W największym , najładniej urządzonym, najlepiej wyposażonym i najdroższym pokoju w hotelu ktoś zapalił światło.Zdziwiłam się bo Andre (właściciel hotelu i najlepszy przyjaciel wujka)od lat nie miał gości zimą. Bo co to za atrakcja siedzieć w hotelu otoczonym trzema potężnymi górami z domkiem pod bokiem i metrową warstwą śniegu jak okiem sięgnął? No właśnie! dla fanów sportów zimowych żadna, tymbardziej, że moja samotnia była praktycznie odcięta od świata w tym czasie , i żeby się tam dostać a później wydostać potrzeba było odpowiedniego środka lokomocji. I tak dumając nad zimowymi gościmy, obserwowałam ich krzątających się po obszernym pokoju. Ciekawa byłam czy się pakują czy rozpakowują bo krzątaninie nie było końca. Rozbawiły mnie te osoby wpadając na siebie kilka razy, ktoś się potknął, ktoś czymś rzucił, coś spadło z komody...
Wesołe obserwacje skończyły się kiedy zrobiło się widno a mój żołądek dał o sobie znać burcząc na tyle głośno by nie dało się go zignorować. Sprawdziłam godzinę i zachichotałam ponieważ przez cztery godziny podglądałam wesołe postaci .  Nastrój poprawił mi się na tyle, że zapomniałam po co tu przyjechałam i na tyle , że chichotałam pod prysznicem i kiedy ubierałam spodnie dresowe , t-shirt i bluzę z kapturem a nawet w drodze do hotelu . Tych kilka kroków pokonałam dość szybkim krokiem, ślinka napływała mi do ust na samą myśl o ulubionych potrawach. Weszłam do dość dużego budynku i skierowałam się prosto do kuchni. Przywitaliśmy się z Andre serdecznym uściskiem i od razu dowiedziałam się , że rzeczywiście przyjaciel rodziny ma gości i że potrzebuje pomocy w zadbaniu o ich komfortowy pobyt tutaj.  Tłumaczył, że to ważni dla niego goście i że zależy mu na tym, by byli zadowoleni . I na tym by ich pokój był nienagannie czysty i świeży. Zgodziłam się od razu, lubiłam tą pracę . Dwa lata wcześniej pomagałyśmy z Leal przez całe lato. Poznałyśmy ciekawych ludzi i fajnie spędziłyśmy czas. W drodze do jadalnego, gdzie miałam poznać wesołe postaci zastanawiałam się czy i tym razem będzie tak fajnie.  Weszliśmy z właścicielem do pomieszczenia i kolana się pode mną ugięły . Właśnie , uśmiechało się do mnie "Moje Serce"....





*****************************************************************
Mam nadzieję, że Wam się spodoba. W końcu światy moich bohaterów zaczynają się łączyć. Miłego dnia i czytania życzę wszystkim ,którzy tu zaglądają.Pozdrawiam .       

piątek, 19 kwietnia 2013



8.Postanowienia i życzenia Noworoczne.

  • Napisane 1 stycznia 2013 o 19:39
-  … i postanawiam zacząć żyć dniem bieżącym, cieszyć się tym co mam . Po czym uśmiechnął się do swoich myśli i siebie samego w szklanym odbiciu szyby. Pociągnął spory łyk mocnego drinka i wrócił przed telewizor, gdzie razem z bratem spędzali ostatni dzień starego roku.
- I co tam ciekawego wypatrzyłeś? – zapytał zaciekawiony jego towarzysz .
- Właściwie nic, ale przemyślałem kilka spraw.
- Jakich? – brat był bardzo zaciekawiony.
- Różnych – odpowiedział zagadkowo – ale przede wszystkim , postanowiłem przeszłość zostawić daleko za sobą i po prostu  do niej nie wracać.
Bardzo zaskoczony bliźniak potarł dłonią lekko zarośniętą brodę.
- To…, nie będzie łatwe – powiedział z powagą – kilka  spraw łączy nas z przeszłością i wielu z nich nie będziemy w stanie uniknąć.
- Wiem. Ale już najwyższy czas zacząć patrzeć przed siebie a nie oglądać do tyłu. Jedyne co ze sobą zabiorę, to to, czego przeszłość mnie nauczyła.  Te wszystkie lekcje wezmę ze sobą w przyszłość, bo właśnie tam zamierzam spędzić resztę życia.
Bracia wymienili porozumiewawcze spojrzenia i uśmiechy. Już wiedzieli, że postanowienia jednego , dotyczą ich dwóch. bo w końcu…nie da się podzielić jedności na dwoje…
Obydwaj doszli do wniosku, że to dobra decyzja. Jeden z nich widział nadchodzącą  zmianę bardzo pozytywnie. Drugi zaś, z pewną obawą : ” bo czy , naprawdę jest możliwe zostawić wszystko z tyłu?”- tego nie wiedział. Widział jedynie radość brata z podjętej decyzji i na ten widok w jego głowie zakwitła myśl: Moje Postanowienie Noworoczne ; bez względu na to co przyniesie jutro , będę przy tobie wraz z całą moją siłą i wiarą. Wiarą w to, że szczęście wreszcie cię znajdzie…



Cudowna paleta barw fajerwerków pieściła jej oczy , a myśli krążyły wokół tylko jednej osoby…
- I życzę ci szczęścia całego świata, dziecięcej radości na co dzień ale przede wszystkim tego, żeby twoje szczęście wreszcie cię znalazło.
- Wszystkiego dobrego siora, samego szczęścia i zdrowia – Leal rzuciła się na mnie z życzeniami noworocznymi.
- A tobie, żeby twoja walka o lepszą siebie,  z dnia na dzień była tylko łatwiejsza.
Wyściskałyśmy się za wszystkie czasy, kilka łez wzruszenia zostało uronionych , ale u nas to nic nowego, można by powiedzieć, że to nasza normalność. Leal przytuliła się do moich pleców i stałyśmy tak w ciepłym uścisku siostrzanej miłości, obserwując tęczę  kolorów za oknem.
- Myślisz o swoim sercu? – przerwała ciszę moja siora.
-Myślę kochanie, każdego dnia – odpowiedziałam.
- Gdybyś mogła złożyć mu teraz życzenia, to jakie by były?
Uśmiechnęłam się na samą myśl o nim, oczami wyobraźni widziałam jak się uśmiecha i cierpliwie wysłuchuje życzeń.
- Poza zdrowiem, życzyłabym mu spokoju Leal, po prostu spokoju. Jak również tego, żeby ich fani kochali ich tak jak ich kochają,  i jeszcze liczniej przybywali na ich koncerty, ale pozwalali im przy tym swobodnie poruszać się ulicami miast.
- Nigdy nawet o tym nie pomyślałam – wyznała – ja stawiałam na szalone imprezy, zajefajne towarzystwo…, bo przecież kasę mają, świat zjeździli wszerz i wzdłuż , czego jeszcze można by było im życzyć?
- Poza zdrowiem? – zapytałam retorycznie- na przykład tego, żeby znaleźli na świecie miejsce, w którym nikt nie wiedziałby kim są i czym się zajmują.
- No tak,ty zawsze masz świetne pomysły- pożaliła się Leal.
- Po prostu myślimy w zupełnie inny sposób – pocieszyłam siostrę – wiesz?życie nauczyło mnie czegoś bardzo ważnego. Czegoś, dzięki czemu widzę świat całkiem inaczej niż ty czy nasi znajomi.
- Co to takiego ? – zadała dziecięco proste pytanie.
- Odwracanie sytuacji kochanie.  To znaczy , że wyobrażam sobie siebie na miejscu jakiejś osoby , w tym przypadku , któregoś  członka Tokio Hotel. I już  wiem, że nie chciałabym tych wielkich pieniędzy, podróży po całym świecie , ciuchów,nowinek technicznych czy aut.
- Dlaczego?  czy to źle mieć te wszystkie rzeczy ?
- Nie , to nie jest źle. To dotyczy tylko osób sławnych. Kiedy chcesz iść na lody, wychodzisz z domu , kupujesz lody , siadasz na ławce i rozkoszujesz się ich smakiem. Sławni ludzie nie mają takiej możliwości, bo po chwili zewsząd otaczają ich ludzie , którzy ich kochają, lub co gorsza ,ci , którzy ich nienawidzą. Chociaż, tych kochających uważam za bardziej niebezpiecznych i nieobliczalnych.
- To smutne, że nie mogą żyć tak jak my – stwierdziła moja siostra.
- Tak, to bardzo smutne – potwierdziłam – oddałabym cały świat diabłu, żeby ich przed tym uchronić, ale niestety nie mam takiej mocy.
Uśmiechnęłyśmy się do siebie smutno i westchnęłyśmy ciężko. Znów zapadła cisza między nami, nie potrwała jednak długo.
- Wiesz? – zaczęła niepewnie Leal- myślę, że twoje serce byłby z tobą szczęśliwy.
- To nie możliwe kochanie, ja nie mogę go spotkać. To nie ma prawa się wydarzyć , dla jego dobra…




*********************************************************************************************************
Z okazji Nowego roku…., mam nadzieję , że się Wam spodoba i wyrazicie to kilkoma słowami. A jeżeli się nie spodoba , to również wyraźcie kilkoma słowami. Pozdrawiam serdecznie i wszystkiego co dobre życzę Wam w Nowym 2013 Roku.

7.Cortina cz.2

  • Napisane 4 czerwca 2012 o 21:01
-Weźmy się za robotę zanim wróci Tony (nasz szef) i porozstawia nas po kątach-powiedziałam.
-Ty to potrafisz sprowadzić człowieka na ziemię -pożaliła się Leal i zaczęła oplatać fartuchem. Chłopacy wrócili do polerowania szkieł, a my zaczęłyśmy sprawdzać jakich lodów i deserów brakuje. Stali bywalcy wrócili do tematu aut i takim właśnie sposobem dzień wyglądał prawie jak zawsze…
No właśnie,prawie robi wielką różnicę.  Po pierwsze : Tony mnie nie poznał. Po drugie : Sascha robił wszystko ,żeby być jak najbliżej mnie i móc zaglądać mi w biust. I niby to przypadkiem, przechodząc obok otarł się o mnie delikatnie lub żeby zapobiec upadkowi chwytał się moich bioder czy oplatał w talii  jak tonący brzytwy…  Masochista jeden, sam się nakręcał chociaż dobrze wiedział,że nic nie wskóra. Nie moja wina,że na mnie nie działa,nic na to nie poradzę. Najdziwniejszy moment dnia,to ten,w którym Tony wrócił z urzędu…kiedy już zarejestrował,że ja,to ja,wstąpił w niego diabeł. W jednej sekundzie wypuścił mnie z objęć,wbił przerażające spojrzenie w Saschę i zagrzmiał:
-Bądź grzeczny albo założę ci kaganiec!-rozniosło się echem po lokalu.
-Yyyyy- Sascha był zdezorientowany-kaganiec na co?
-Na wszystko!-odparował Tony.
-A…ha-Sascha nic nie rozumiał,jak my wszyscy z resztą.Leal „ocknęła” się pierwsza i próbowała dowiedzieć o co chodzi.
-Na wszystko czyli na co?
-Jak to na co!!!-ryczał gniewnie Tony- na oczy ,na usta, i na interes!!!Tony wskazał krocze Saschy . Popatrzyliśmy wszyscy po sobie i ryknęliśmy śmiechem.
-No wiesz,z kagańcem na interes będzie raczej ciężko-wydusił przez śmiech Sascha.
-Przestanie być ciężko jak cię wykastruję- zagroził nasz szef ,ciskając błyskawice z oczu. Sascha zbladł w ułamku sekundy, niepewny , czy to na poważnie czy nie.  Jedno było jasne jak słońce,  groźba, jakkolwiek , była nieodwracalna.
-zrobisz coś wbrew Anie , a będzie cię bolało!
Szef znów pogroził palcem bez cienia uśmiechu. Zrobiło mi się głupio, poczułam się cholernie winna całej tej sytuacji. Sascha wybałuszył oczy i rozdziawił usta ze zdziwienia.
-Szef myśli…, że ja…, mógłbym …- złapał się za głowę- przecież ja bym jej w życiu krzywdy nie zrobił!!!! Szefie!, nie jestem jakimś….-szukał odpowiedniego określenia.
-To dobrze! dla niej i dla ciebie.
-Sascha taki nie jest- wtrąciła Leal słabym głosikiem.
-Jasne, że nie jestem!, boję się nawet pomyśleć co Marcello by mi zrobił,gdybym choć o milimetr przekroczył granicę…
-Uuuuu, cienko cię widzę – Cello wykrzywił twarz w strasznym grymasie i pomasował kark spoglądając śmiertelnie poważnie.
-No..!widzi szef?!To jej wina!- krzyknął Sascha i wyciągnął oskarżycielski paluch przeciw mnie.Z zaskoczenia zachłysnęłam się powietrzem.
-że co proszę???! a co ja takiego robię ????- nie wierzyłam własnym uszom!
-Co robisz?!- teraz Sascha się zdziwił- wszystko!!!
-co??!- krzyknęłam- chyba ci rozum w chłodni zmroziło, o czym ty bredzisz???!!!
-Bredzę?, ja bredzę?!!, zapytaj ich – wskazał stałych bywalców- każdego po kolei zapytaj!, wszyscy powiedzą ci to samo!!!
Wszyscy patrzyli na mnie z głupkowatymi uśmieszkami na twarzach, moja twarz przybrała barwę  purpury, ale nie obchodziło mnie to w tej chwili. Byłam w szoku ,zaczęła się wojna , a ja nie wiedziałam o co!
-No powiedzcie jej!- nakazał Sascha,patrząc na zebranych surowym wzrokiem.
-Ja jej nic mówić nie bądę bo i tak mi nie uwierzy- wzruszyła ramionami Leal.
-No powiedz jej- popędzał Sascha- chyba ślepy nie jesteś?!
- Nie jestem- potwierdził mój Cello i powoli podszedł do mnie.
-Piccolo- zaczął nie pewnie- wiesz? jesteś bardzo kobieca,po prostu,
teraz-wskazał mnie obiema rękami,jak towar na półce- jeszcze bardziej niż wcześniej- wzruszył na koniec ramionami.
-Bardzo atrakcyjna i śliczna- dodał Tony.
-Masz w sobie to coś-dokończyła Leal, wbrew temu co mówiła wcześniej.
-Ciągnie mnie do niej jak cholera, jakby jakiś magnes w sobie miała czy coś-żalił się Sascha- i nawet jakbym nie chciał żeby tak było , to i tak nie mogę nic zrobić bo ona tak ma!!!
Nabrałam powietrza żeby coś powiedzieć ale wypuściłam je ze świstem – co tu się do cholery wyprawia???-myślałam z oczami wielkimi jak spodki od filiżanek.
-To jest nieświadome- w jednej chwili odwróciliśmy się wszyscy w stronę Salvy .
-Ana nie jest tego wszystkiego świadoma-po naszych przygłupawych minach widział,że nie rozumiemy.
Rozzłoszczona i wystraszona pomyślałam- świetnie! mam coś o czego istnieniu nie wiem, nie wiem nawet czym to coś jest i jakby mało tego wszystkiego było: wszyscy wiedzą , że ja to mam tylko nie ja!Wprost cudownie!i jak tu psia jego mać być pewną siebie!!! Chce mi się płakać…
-To naturalne,taka się urodziła- powiedział Salva.
-Co?- szepnęłam ,pociągając do tego nosem.
Salva uśmiechnął się w sposób , którego nie potrafiłam rozszyfrować. Podszedł do mnie,otulił dłońmi moje policzki i powiedział.
-twoja uroda, atrakcyjność, sposób, w jaki się poruszasz, to jak mówisz…
-Są normalne- wyszeptałam szybko.
-Oczywiście- zapewnił łagodnym głosem- jak najbardziej naturalne. Nie ma się czego bać- uspokajał- no już, odetchnij głęboko, uśmiechnij się. Nie denerwuj się, na prawdę nie ma czym, wszystko jest w porządku. Nabrałam dużo powietrza w płuca ,by po chwili je wypuścić razem z niepokojem, który mnie ogarnął.
-Najbardziej ci do twarzy z uśmiechem- powiedział, a ten , choć bardzo delikatny wypłynął na moje usta.
-Leonardo da Vinci- odpowiedziałam o wiele spokojniejsza. Salva odsunął się ode  mnie nieznacznie,pstryknął palcami z udawanym niezadowoleniem i powiedział.
-A już myślałem , że cię przyłapię.
-Próbuj dalej, a na pewno kiedyś ci się  uda- zapewniłam ,z pełnym już teraz uśmiechem.
Atmosfera rozluźniła się trochę, moi bliscy wymienili spojrzenia, czy porozumiewawcze?, nie wiem i wolę nie wiedzieć, wystarczy mi rewelacji na dzisiaj. Usłyszałam jak Cello powiedział ostro do Saschy :
-Powinieneś dostać w zęby ,za wyskok z tą nowością.
-Gdybym wiedział, że tak zareaguje , trzymałbym język za zębami, przysięgam.
-Na następny raz zapytaj, nie potrzeba jej jeszcze więcej stresu. Pamiętaj o tym – zakończył mój Cello i wrócił do swoich zajęć.
Właściwie wszyscy wróciliśmy ,żeby doprowadzić Cortinę do porządku przed zamknięciem. Byłam zmęczona ,fizycznie i psychicznie, nie miałam ani siły ani ochoty na analizowanie wypowiedzianych tego wieczora słów. Chciałam po prostu wykonać swoją pracę i wrócić do domu, do mojego pokoju gdzie czekał mnie tylko spokój i sen…
******************************************************
Jaki jest najlepszy prezent na urodziny?- Dodać notkę na własnym blogu. Krótka,  ale jest,  prawdopodobnie z błędami,  ale jest. I nie ważne , że mam jeszcze problemy z koncentracją, bo dodałam . Bardzo proszę o pozostawienie po sobie śladu, i nie mam na myśli komentarza, bo z doświadczenia wiem, że to czasem kłopotliwe. Gwiazdka byłaby najlepszym dowodem na czyjąś obecność, blog o gwiazdach , gwiazdy zamiast komentarza. Dziękuję i pozdrawiam.


6.Cortina

  • Napisane 2 kwietnia 2012 o 22:33
Przepraszam Wszystkich za długą nieaktywność,nie mnie pierwszą i nie ostatnią dopadła masa obowiązków pochłaniając cenny czas.
Z całego serca pragnę podziękować Wam kochane za komentarze;
Mia, skarbeńku ty mój. Ty wiesz ,że jesteś kochana i cudna i w ogóle naj,naj,naj…. Jako pierwsza zostawiłaś mi komentarz,który czytałam i czytałam i  nie mogłam wprost  uwierzyć,że  podoba Ci się moje opowiadanie. Przez tych kilka odcinków mojego opowiadania myślałam-mam jedną czytelniczkę,wspaniale bo mam dla kogo pisać-i pisałam,właśnie dla Ciebie….uwielbiam Cię ,ale Ty przecież o tym wiesz,prawda?
Kami, ogromnie się cieszę,że Ci się podoba.Mam nadzieję,że Cię nie zawiodę.
Lena, słowa nie są w stanie oddać mojej wdzięczności. Bardzo, bardzo ale to bardzo mocno dziękuję Ci za „krytykę”. Nie zdawałam sobie sprawy z  ogromu błędów,które popełniłam do tej pory. Uświadomiłaś mnie i właśnie za to jestem Ci tak wdzięczna. Twój komentarz sprawił,że staram się o wiele bardziej i nie ma mowy o jakimkolwiek urażeniu mnie. Jeszcze raz wielkie dzięki.
MarTHa, dziękuję za dobre słowa,bardzo cieszy mnie to,że Ci się podoba. Staram się jak mogę przypomnieć sobie  zasady pisowni J.Polskiego jak i ortografię ale na to potrzeba czasu.
Mam nadzieję,że dzisiejszy odcinek będzie lepszy. Jeżeli jednak nie,liczę ,że zwrócicie mi uwagę. Tymczasem…
                           
                                           zapraszam….
******************************************************
Jechałyśmy autem Leal. Czarnym BMW,które moja kochana siostrzyczka wręcz uwielbia.
-Denerwujesz się -stwierdziła.
-Trochę -przyznałam wprost.
-Nie masz czym! -zapewniła mnie- uwierz mi,wyglądasz odjazdowo,ten strój zajebiście odzwierciedla twoje wnętrze…
-Cieszę się,że tak uważasz ale wyrażaj się,dobrze?
-Wymsknęło mi się…
-Oczywiście,jak kilka razy wcześniej w ciągu ostatnich dni-upomniałam ją.
-Nie złość się, każdemu może się zdarzyć -próbowała się usprawiedliwić.
-Owszem,ale tobie zdarza się co raz częściej.
-Nie możesz mi po prostu przypominać? -spytała.
- I jak to sobie wyobrażasz? Mam zwracać dorosłej,samodzielnej kobiecie uwagę ,jak małemu dziecku,że słowa,których używa według mnie uwłaczają kobiecej godności…? Na ulicy,w towarzystwie…tak? Mam ci mówić: Leal skarbie nie powtarzamy wulgarnych słów?
-Ok  -uniosła dłonie w obronnym geście -masz rację. Będę się bardziej kontrolować -postanowiła.
-Bardzo mnie to cieszy. Dasz radę,zobaczysz. Będziesz się czuła bardziej wartościowa,bo,czy to ci się podoba czy nie,wygląd to nie wszystko. Im bardziej kobieta szanuje samą siebie,tym bardziej szanują ją ludzie z otoczenia.
-Na prawdę tak uważasz? -zapytała.
-Tak właśnie uważam kochana -potwierdziłam.
Zaparkowałyśmy właśnie na wielkim parkingu nad rzeką Main,z którego zazwyczaj korzystamy. Odetchnęłam głęboko zimnym powietrzem i doszłam do wniosku,że dobrze się czuję w takich ciuchach,że bardzo mi się podobają i nie będę się przejmować ludźmi, których tak czy inaczej nawet nie znam. Mam przyjaciół i mogę liczyć na ich szczerość,nawet gdyby była dla mnie przykrą prawdą.
Przeszłyśmy już przez ulicę a każdy  krok zbliżał nas do Cortiny(tak nazywa się eiskafe,w której pracujemy)miałam tremę co moja przyjaciółka wyczuła od razu. Zatrzymała mnie łapiąc za ramiona i powiedziała.
-Wszystko jest ok,nie denerwuj się tak bo nie masz czym,rozumiesz?
Spojrzałam jej prosto w oczy,ze świstem wypuściłam powietrze z płuc i twierdząco pokiwałam głową.
-Kilka głębokich oddechów -poleciła. Posłusznie wykonałam zadanie i odpędziłam od siebie złe myśli.
-No to wchodzimy -zakomenderowała Leal i ni stąd ni zowąd poczułam zapach słodkich deserów i świeżo parzonej kawy(fuuuuuj, nie znoszę kawy ani jej zapachu…,biedna ja.)
-Cześć chłopaki -odezwałam się,żeby zwrócić uwagę naszych przyjaciół. Odwrócili się tak jak tego oczekiwałam -i co myślicie? – zapytałam okręcając się wokół własnej osi. Szczerze?”prezentację” chciałam mieć jak najszybciej za sobą.
-Piccolo…-pierwszy odezwał się Czello(właściwie Marcello,tylko ja  zwracam się do niego tym czułym zdrobnieniem)uniósł wysoko brwi,szeroko otworzył oczy i mrugał nimi jakby miał paprochy pod powiekami. Zrobiło mi się gorąco,czułam jak policzki pieką mnie żywym ogniem. Czello wyszedł zza lady,uśmiechnął się od ucha do ucha i mocno mnie przytulił.
-Mie piccolo…(moje maleństwo)  -powiedział z wielką czułością.
Odetchnęłam z ulgą,wiedziałam już,że wszystko jest w porządku.
Cały Czello,pomyślałam,z wyglądu…jak to Włoch,kruczo-czarne włosy,brwi,rzęsy, w dodatku długie do nieba.Oczy ciemno brązowe,że ledwo źrenice widać no i oczywiście karnacja,że tylko pozazdrościć. Wyższy ode mnie o głowę,szczupły ale nie chuderlak,szerokie barki ale nie mięśniak. Zabójczo przystojny,szalenie miły i sympatyczny,szczery,lojalny. Po prostu… idealny przyjaciel.
-Piccolo…-powtórzył wzruszony-doczekałem się…,wyglądasz wspaniale…
-Ach Czello…,byłbyś najcudowniejszym chłopakiem na świecie…-wyszeptałam wprost do jego ucha,uwieszona na jego szyi.
-A jestem?
-najcudowniejszym przyjacielem…-zachichotałam.
-HALLO!!!-odkleiliśmy się od siebie jak na komendę-zazdrośnica Leal dała o sobie znać-pomyślałam.
-Ja też tu jestem!-stała w lekkim rozkroku,dłonie opierając na biodrach po czym było widać jej bojowy nastrój.Marcello doskoczył do niej w dwóch susach,żeby ja uściskać i udobruchać.
-Angelo dispiace…(wybacz aniele)-i przytulił ją mocno.
Aniele -tak właśnie ją nazywa. Przez jej jasne blond włosy i duże zielone oczy. Nie to co ja-maleństwo-w sumie nic dziwnego jak się ma 157 cm wzrostu(wrrrr,dzisięciu cm mi pożałowano,witajcie kompleksy…).
-To twoje dzieło,prawda? -zapytał obejmując ją w pasie przy okazji lustrując mnie uważnie.
-Fakt, ciuchy wybrałam ja -przyznała „skromnie” -ale zestawienie i cała reszta to jej dzieło -łypnęła na mnie już trochę mniej rozeźlona.
-Na prawdę?  -mój Czello był zaskoczony.
Znów spłonęłam rumieńcem,dopiero teraz zauważyłam,że klienci nam się przyglądają. Na szczęście byli to stali bywalcy Cortiny i dobrze rozumieli to całe zamieszanie. Uśmiechali się pogodnie,pełni aprobaty dla mojej metamorfozy.
-…maleńka,już wcześniej chciałem cię wziąć na warsztat,a teraz…chyba wezmę cię siłą…                                                    „Ktoś”trzymał mnie z tyłu za biodra i mruczał uwodzicielsko do ucha. Sascha przystojniaczek,”pies na dziewczyny”,niewiele wyższy ode mnie blondynek. Krótko ostrzyżony,dobrze zbudowany,pęknie wyrzeźbione mięśnie,śliczna buźka,krótko pisząc…jak grecki bóg. Cholernie świadomy tego jak działa na płeć przeciwną i bez skrupułów korzystający z tej…  hmmm ,mocy?Powoli odwróciłam się do „kochasia”z rękami założonymi na piersiach i wysoko uniesionym podbródkiem.
-To miał być komplement?-zapytałam szorstko.
Amant przyciągnął mnie do siebie, mocno ściskając za biodra,uśmiechał się przy tym cwaniacko.
-Jasne kwiatuszku…-zamruczał gardłowo.  Przesunął dłonie z moich bioder na pośladki,zaciskając na nich palce. Bardzo wolno zbliżał swoją twarz do mojej,dzieliły nas już tylko milimetry…  Nie wytrzymałam i wybuchłam śmiechem klepiąc Saschę w ramie. Wszyscy obecni przestali tłumić w sobie rozbawienie więc zrobiło się głośno i wesoło.
-Hej!wszystko zepsułaś!-Sascha był nie pocieszony. Nadal trzymał mnie w ramionach a dłonie splótł ponad moją pupą.
-Strasznie mi przykro-wyznałam.
-Jesteś okrutna,wiesz?-stwierdził smutno.
-Wybacz… Biedactwo -pogłaskałam go po policzku. Jak co dzień,był gładko ogolony i przyjemnie pachnący.
Przymknął powieki i mruknął zadowolony.
-Tak mi dobrze -wtulił policzek w moją dłoń- tak mi rób…
-Nie nakręcaj się tak -przystopowałam go- i nie zapominaj…
-Tak tak,wiem. Patrzeć mogę ale nie dotykać -westchnął ciężko- na szczęście mam wyobraźnię -dodał ze śmiechem,tym razem klepnęłam go mocniej w ramię i uwolniłam z jego uścisku.
-no co?! -zapytał  -nic na to nie poradzę,że tak na mnie działasz,żebyś ty wiedziała co ja z tobą wyprawiam…
-Nie chcę wiedzieć -zastrzegłam natychmiast.
-…te gorsety,koronki,jedwabne koszule… -rozmarzył się na dobre.
-Przestań albo oberwiesz -ostrzegłam.
-Pff,nie boję się ciebie.
-Nie ode mnie -uśmiechnęłam się złośliwie. Kochaś spojrzał w tę samą stronę co ja i mina mu zrzedła.
-Oookeeej… Jego się boję -oświadczył- ale jakby co,to nie w twarz,dobra?
-Dobra -zgodził się Czello i uśmiechnął wyzywająco.
Nasz śmiech przerwał przyjaciel szefa przesiadujący w Cortinie co dzień.
-”Bieganie za kobietami jeszcze nikomu nie zaszkodziło,niebezpiecznie jest je złapać” -Salvatore uśmiechał się nie spuszczając ze mnie wzroku. Odwzajemniłam uśmiech.
-Jack Davies -odpowiedziałam na nieme pytanie-długo jeszcze będziesz mnie tak sprawdzał? -owijałam się właśnie długim do kostek,czarnym fartuchem.
-Dopóki cię na czymś nie zagnę -przysiągł. Salva(jak go nazywamy)jest bardzo miłym i mądrym człowiekiem. Jest również bardzo przystojny ,jak na Włocha przystało. Lubi kobiety,jak na Włocha przystało i cudownie ubiera w słowa opowieści o swoim rodzimym kraju….
                                                                           cdn.


5.Nowa Ja

  • Napisane 14 stycznia 2012 o 16:19
Czułam,że sen powoli mnie opuszcza,docierały do mnie dźwięki z zewnątrz.Przeciągnęłam się z przyjemnością,jęknęłam rozkosznie i leniwie otworzyłam oczy.Spojrzałam na zegarek elektroniczny.Suuuper-burknęłam niezadowolona sama do siebie-7-ma,i co ja mam niby robić?-zadałam sobie pytanie na głos, -świetnie,gadam sama do siebie”-tym  razem pomyślałam.Westchnęłam zrezygnowana i przekręciłam się na bok,spojrzałam w okno,jeszcze było ciemno.Odwróciłam się na drugi bok i zapaliłam lampkę nocną,z półki nad łóżkiem wzięłam księgę drugą Trylogii Zdrajcy Trudi Canavan.Na prawdę chciałam poczytać ale ON znów wkradł się do mojej głowy,zastanawiałam się gdzie jest,czy wszystko u niego w porządku…,jak się czuje,czy aby na pewno jest zdrowy..?Odpłynęłam na ponad dwie godziny,ocknęłam się dopiero po dziewiątej.Nie chciało mi się wstać,kiedy „serce moje”jak go nazywam,”odwiedza mnie” mogłabym cały dzień zostać w łóżku,zamknąć oczy… i patrzeć jak się uśmiecha,jak błyszczą jego oczy…słuchać jego głosu…
Z wielkim oporem wygramoliłam się z legowiska i poszłam prosto do łazienki.Nie spieszyłam się,wzięłam długi prysznic ciesząc się zapachem cytryny i zielonej trawy mojego żelu pod prysznic.Włosy wchłaniały odżywkę dodającą objętości a ja stałam pod masującym strumieniem bardzo ciepłej wody.Po skończonej kąpieli wmasowałam żółty balsam garniera w skórę,po skończonych zabiegach kosmetycznych na palcach przemierzyłam kawalątek dzielący moją sypialnię od łazienki.Ubrałam czarną bieliznę i przyjrzałam się sobie uważnie-może i Leal ma rację-pomyślałam -ale nad brzuchem trzeba popracować-ciągnęłam wewnętrzny monolog.-Dobre kosmetyki mam,więc teraz trzeba poćwiczyć,naprzemienne masaże prysznicem i będzie lala!-zaśmiałam się,dotarło do mnie,że cytuję moją siostrę. Na strój dnia wybrałam jasne,prosto szyte spodnie,białą koszulę i króciutką kurteczkę.Zdecydowałam,że dodatki ,na które złożyłam kolczyki,bransoletkę i kolorową chustę w kratę będą w kolorze mojego ulubionego fioletu.
Bardzo zadowolona ze swej twórczości przystąpiłam do makijażu.Zaczerpnęłam ze srebrnego kuferka kredkę do brwi i kilka razy przeciągnęłam nią po włoskach-dzięki ci Boże za Leal-pomyślałam-i za jej siłę przebicia-dzięki dokładnemu instruktarzowi mojej stylistki i wizażystki w jednym,bez obaw sięgałam do skrzyneczki po” skarby” w niej zawarte.Na dłuższą chwilę zatrzymałam się przy cieniach do powiek,rozważałam pomiędzy fioletem i czernią.Zgodnie ze starym powiedzeniem „co za dużo to nie zdrowo”postawiłam na czerń i kredką w tym właśnie kolorze od połowy oka zrobiłam kreski na górnej powiece,to samo zrobiłam z jego dolną częścią łącząc obie linie w zewnętrznym kącikiem.Powtórzyłam czynność,tym razem płaskim  pędzelkiem i matowym cieniem do powiek,po czym pędzelkiem kuleczką roztarłam delikatnie kolor,w sumie nie wiedziałam po co-ale skoro Leal mówiła,że tak trzeba…-wzruszyłam ramionami.Teraz rzęsy-najpierw wydłużyć,następnie pogrubić-przypomniałam sobie instrukcję,więc zabrałam się do dzieła,bardzo przy tym uważałam,żeby się nie „pomazać”tuszem na ruchomej powiece jak to do tej pory robiłam-poczekać aż wyschnie-nakazałam sobie bezgłośnie-czas na róż-zrobiłam „dzióbek”,”rybkę”czy jak to się nazywa z ust i musnęłam je pędzlem-teraz pogrubić…-wyciągnęłam szczoteczkę z odpowiedniej tubki tuszu…-i się „pomazałam”-cholera,no! psioczyłam w myślach usuwając „szkody”.Kiedy już ochłonęłam sięgnęłam po pomadkę ale przypomniałam sobie „zasadę”mojej siostry:”kiedy podkreślasz oczy,usta muśnij błyszczykiem lub pomadką w kolorze cielistym”.Ok-pomyślałam i „pociągnęłam usta brzoskwiniowym błyszczykiem powiększającym.Dobra,jeszcze tylko włosy i będę gotowa-pokiwałam twierdząco  głową do swoich myśli,po czym zdjęłam ręcznik z głowy i delikatnie rozczesałam gęstwinę opadającą mi na plecy.Spryskałam wilgotne włosy odżywką do włosów kręconych w płynie,skręciłam je w „rulon”i spięłam spinką z tyłu głowy…
Poczłapałam do kuchni,zjadłam śniadanko,które tym razem smakowało mi wyjątkowo dobrze,popiłam  je ulubioną herbatą.Najedzona i opita wróciłam do łazienki,wy nitkowałam i wyszorowałam zęby a następnie wypłukałam je płynem do płukania ust.No to teraz czas na fryzurę-pomyślałam i zaczęłam codzienny rytuał tzn:wgniotłam w czuprynę balsam nabłyszczający i wysuszyłam  suszarką ze specjalną do loków końcówką,na koniec spryskałam lakierem do włosów pantene-prov volume i tym małym akcentem zakończyłam doprowadzanie siebie do „stanu używalności”.Kolejny raz przyjrzałam się sobie i z zadowoleniem stwierdziłam,że Leal zna się na rzeczy…
Wygląda na to,że mam zdolności telepatyczne,właśnie ze swojej twierdzy wynurzyła się moja kochana siostrzyczka.Na wpół  przytomna „wtoczyła się”do łazienki.
-teraz moja kolej-wymamrotała zaspana.
-och…,dziękuję,spałam wybornie skarbie,jak miło,że pytasz…-zażartowałam.
-yhy…,sio…-i zwyczajnie wypchnęła mnie z łazienki zamykając drzwi przed nosem.Stałam jak słup soli z rozchylonymi z niedowierzania ustami.
-sio?,do mnie…sio?…jak…do kury jakiejś???-mówiłam do drzwi-to przechodzi ludzkie pojęcie,na prawdę…
Zszokowana wróciłam do kuchni,doprowadziłam pomieszczenie do porządku i zrobiłam NAM herbatę,mimo,że przez ułamek sekundy się wahałam,za „sio”moja przyjaciółka nie powinna dostać ode mnie picia ale niech zna moje dobre serce-pomyślałam.
-no,no…kochana-siostra patrzyła na mnie krytycznym okiem-ciekawe zestawienie…
-na prawdę?-spytałam wystraszona,byłam pewna,że coś nie pasuje.
-na prawdę-odpowiedziała-wszystko współgra ze sobą,uzupełnia się,domyślam się,że kurtkę i buty ubierzesz czarne a torebkę fioletową…,a może się mylę?
Zaśmiałam się z zaskoczenia-nie,nie mylisz się-przyznałam-boję się,że ludzie będą się śmiać-zwierzyłam się,siadając przy stole.
-śmiać na pewno nie-zapewniła mnie Leal- niektóre kobiety mogą krzywo patrzeć taj jak Tanja lub rzucić jakiś głupi koment.
-dlaczego?-zapytałam naiwnie.
-z zazdrości,z braku odwagi…
-hmmm,zazdrość może i bym zrozumiała ale co ma do tego brak odwagi?-drążyłam temat.
-wszystko Ana,jeżeli kobiecie brak odwagi,pewności siebie, nie ubierze się tak jak jej się podoba w obawie przed opinią innych ludzi.Tak jak ty nie dawno…-przypomniała,posyłając mi pełen wyrozumiałości uśmiech,który odwzajemniłam.
-no tak-przyznałam-myśl,że ktoś może się śmiać ze mnie za plecami blokowała mnie skutecznie przez długie lata…ale to przeszłość,od dzisiaj „nie dbam o to co ludzie myślą albo mówiła o mnie.Wiem kim jestem.”-posłałam siostrze pełne pewności siebie spojrzenie.
-i o to właśnie chodzi.Trzymaj się tego tekstu a będzie dobrze-stwierdziła dobitnie moja współlokatorka.
-Jonathan Davis-powiedziałam mimochodem.
-yhy,dokładnie ten…,facet zna się na rzeczy.A ty-wymierzyła we mnie palec wskazujący- nie myśl o tym czy ludziom będzie się podobać jak jesteś ubrana,bo nigdy nie dogodzisz każdemu,tylko czy tobie się podoba,to jest najważniejsze i radzę ci to zapamiętać.
-racja-potwierdziłam-a jak się komuś nie podoba…
-niech się rzuci pod pociąg-dokończyła Leal.
-myślałam raczej:…to jego problem?
-albo niech się powiesi…-przekomarzała się ze mną.
-niech nie patrzy…-odbiłam piłeczkę.
-niech skoczy z wieżowca…-moja siostra była nieugięta.
-niech patrzy na siebie…-śmiałyśmy się z wisielczego poczucia humoru mojej siostry.
-ok,zbierajmy się już,lepiej być wcześniej,żeby wszyscy zdążyli cię obejrzeć-Leal wybałuszyła oczy,żeby napędzić mi stracha,z marnym niestety skutkiem.Ubrałyśmy się i wyszłyśmy z mieszkania zamykając je za sobą na klucz.
******************************************************
Wedle życzenia Mia…
                                tylko dla Ciebie…
                                                          bo jesteś moim skarbem…
******************************************************